Waldemar Milewicz – biografia, reportaże, tragiczna śmierć

7 maja 2004 roku polska telewizja straciła jednego z najbardziej rozpoznawalnych reporterów wojennych. Waldemar Milewicz zginął w Iraku podczas ostrzału samochodu ekipy TVP, zbierając materiały do kolejnego odcinka programu „Dziwny jest ten świat”. Miał 47 lat i za sobą ponad dwie dekady pracy w dziennikarstwie, z czego trzynaście lat spędził relacjonując konflikty zbrojne z najbardziej niebezpiecznych zakątków świata. Czarna skórzana kurtka, modulowany głos i krótkie, dramatyczne zdania – tak zapamiętali go miliony widzów.

Początki – od psychologii do telewizji

Waldemar Milewicz urodził się 20 sierpnia 1956 roku w Dobrym Mieście, niewielkiej miejscowości koło Olsztyna. Rodzina Milewiczów żyła skromnie, ale młody Waldemar od początku wyróżniał się ambicją i determinacją.

W 1981 roku ukończył studia psychologiczne i związał się z Telewizją Polską. Miał 25 lat, gdy dołączył do zespołu redaktorów i dokumentalistów „Dziennika Telewizyjnego”. To właśnie ta decyzja wyznaczała początek kariery, która miała uczynić go jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci polskiego dziennikarstwa.

Pracował jako dziennikarz, dokumentalista związany z Dziennikiem Telewizyjnym. W 1988 roku został kierownikiem Redakcji Wymiany i Korespondentów Zagranicznych w Dyrekcji Programów Informacyjnych. To była naturalna ścieżka dla kogoś, kto czuł, że jego miejsce jest tam, gdzie dzieje się historia.

Droga do reportażu wojennego

Od 1991 roku był związany z Telewizyjną Agencją Informacyjną, a od 1992 roku – z Wiadomościami. Właśnie wtedy zaczęła się prawdziwa przygoda z reportażem z miejsc konfliktów. Milewicz nie chciał być kolejnym dziennikarzem przepisującym depesze agencyjne – pragnął być tam, gdzie toczy się wojna, gdzie umierają ludzie, gdzie dzieje się prawdziwa historia.

Robił reportaże ujęte w cykl „Dziwny jest ten świat” z najbardziej niebezpiecznych miejsc m.in. z Bośni, Czeczenii, Kosowa, Rwandy, Kambodży, Rumunii, Hiszpanii, Somalii i Iraku. Program ten stał się jego znakiem rozpoznawczym – przez 43 odcinki pokazywał widzom świat, którego większość wolałaby nie widzieć.

Przez trzynaście lat relacjonował wydarzenia z miejsc objętych konfliktami zbrojnymi, stając się ikoną polskiego reportażu wojennego

W 2003 relacjonował II wojnę w Zatoce Perskiej. Jego relacje z Iraku – „Krew. Łzy. Pustynia” – na zawsze zapadły w pamięć widzów. To był Milewicz w pigułce: dramatyzm, emocje, ale przede wszystkim prawda o wojnie.

Styl, który zdefiniował epokę

Znakiem rozpoznawczym Waldemara Milewicza była skórzana kurtka nabijana nitami. Kupił ją, bo stylistka z TVP poradziła mu, aby zawsze wyglądał tak samo, bo wtedy widzowie będą lepiej kojarzyli go z programem. Tę kurtkę miał ze sobą zawsze. Nawet w Etiopii, gdzie było bardzo gorąco.

Zegarek z dwiema tarczami – pokazujący czas warszawski i lokalny. Poważna mina, niski, modulowany głos. Krótkie zdania przerywane krótkimi pauzami. Ten charakterystyczny sposób prowadzenia reportaży budził skrajne emocje.

Jacek Czarnecki z Radia Zet wspominał: „Przyznaję, że nieraz śmieliśmy się z jego »dramatycznego« sposobu redagowania materiału. Pamiętam, jak ktoś kiedyś napisał, że Milewicz z przemarszu wiewiórek jest w stanie zrobić trzecią wojnę światową. I coś było na rzeczy. Ale nie da się zaprzeczyć, że stworzył pewną szkołę telewizyjnego dziennikarstwa”.

Nagrody i uznanie

Jego praca nie pozostała niezauważona. Był laureatem Grand Press jako Dziennikarz Roku 2001 i 2003, oraz za news (1999) i reportaż telewizyjny (2000). To właśnie nagroda za 2001 rok stała się symbolem jego pozycji w środowisku.

Mariusz Max Kolonko wspominał: „Waldi wygrał ze mną jednym głosem. Z tego powodu długo mu później docinałem, że na pewno wypił, z kim trzeba. Kiedy wręczali mu tę nagrodę, zaproponował, żebyśmy razem wyszli na scenę. Nie musiał tego robić. To była jego nagroda. I jego wieczór”.

Uhonorowano go też nagrodą SAIS-Ciba Prize for Excellence in Journalism za reportaż: „Czeczenia – 6 dni wojny” w 1995 r., przyznaną przez Johns Hopkins University w Waszyngtonie, nagrodą SDP oraz nagrodą Fundacji Xawerego i Mieczysława Pruszyńskich. Otrzymał też Wiktory w kategoriach najlepszy publicysta oraz dziennikarz roku.

Człowiek za maską

Waldemar Milewicz miał kilka twarzy. Inaczej ocenia go rodzina i przyjaciele oraz osoby, które znają go mniej. Chciał być odbierany jako osoba twarda, nieokazująca emocji. Ale to była tylko maska, którą zakładał przed kamerami.

Jego córka Monika mówiła: „Szorstkość na ekranie i twarz, która nie zdradzała emocji, to były w stu procentach maski. W środku był ciepłym, wrażliwym facetem i kochającym ojcem. Potrafił wziąć mnie za rękę i nie wstydził się przy mnie rozpłakać”.

Sam przyznawał: „Zdarzyło mi się kiedyś podczas pracy uronić łzę. To było w Zambii, gdy kręciłem reportaż o ludziach umierających na AIDS”. To pokazywało, że za fasadą twardego reportera krył się człowiek głęboko przeżywający ludzkie dramaty.

Życie prywatne i rodzina

Miał córkę Monikę, która w 2004 roku miała 23 lata i studiowała w National Louis University w Chicago. Monika wspominała: „Sprostać wymaganiom taty było ciężko, ale nie szczędził mi pochwał, gdy był na to moment. Mówił: „Jestem z ciebie dumny”, klepał po plecach i wiedziałam, że jest zadowolony. Był szczęśliwy, że studiuję w Stanach i że mówię po angielsku lepiej niż on”.

Córka wspominała: „Gdy wyjechałam, dzwonił do mnie w każdą niedzielę rano, a gdy miałam problemy, dzwonił nawet codziennie. Do tej pory w każdą niedzielę rano czekam na telefon od niego”. Te słowa, wypowiedziane lata po jego śmierci, pokazują siłę więzi, jaka ich łączyła.

Z Agnieszką Beredą, kierowniczką produkcji w TVP, był związany ponad dwa lata. Mieszkali razem w Miedzeszynie. Matka Waldemara, Jadwiga Milewicz, miała jeszcze syna i córkę – Waldek był jej najmłodszym dzieckiem.

Filozofia pracy i podejście do ryzyka

Sam nie lubił określenia „korespondent wojenny”. Mówił o tym, że na Świętokrzyskiej w Warszawie może spaść na niego cegła i pozbawić życia. W wywiadzie dla Pani mówił: „Może to brak wyobraźni, ale przed wyjazdem nigdy nie myślę o zagrożeniu. Zginąć można nawet w Warszawie, na rogu Marszałkowskiej i Świętokrzyskiej”.

Opowiadał o stresie związanym z pracą reportera: „Przeżywam nieustanny lęk, czy zdążę na czas zrealizować materiał, czy pokonam piętrzące się przede mną przeszkody? Tam, gdzie jest wojna, są ciemne plamy, które zarówno okupanci, jak i walczący chcą ukryć. Żyję więc w ciągłym napięciu: czy uda mi się przechytrzyć różnych urzędników, zdobyć stosowne pozwolenia, ominąć zakazy…?”

Nie bał się śmierci – bał się, że nie zdąży opowiedzieć prawdy

W domu pod Warszawą często siadał w ogrodzie albo w patio, z którego widać było las, puszczał muzykę, robił sobie drinka i zapalał papierosa. Tak się relaksował. W samotności. Katarzyna Kolenda-Zaleska wspominała: „Był niezwykle pogodnym człowiekiem. Być może wynikało to z tego, że w swojej pracy widział tak wiele ludzkiego nieszczęścia, że warszawskie problemy wydawały mu się banalne. Po prostu widział to w całkiem innej skali”.

7 maja 2004 – ostatni wyjazd

W dniu, kiedy miał jechać z Bagdadu do Nadżafu, by nakręcić kolejny odcinek programu „Dziwny jest ten świat”, kurtkę zostawił w hotelu. Nie czuł się dobrze, od wielu miesięcy chorował na serce, a w dodatku zmagał się z potwornym bólem kręgosłupa. Wyprawa do Iraku miała być ostatnią przed dłuższą przerwą na rehabilitację po zabiegu blokady odcinka lędźwiowego kręgosłupa, któremu poddał się tuż przed wylotem na Bliski Wschód.

Ostatni raz z matką widział się 4 maja. Waldemar przyjechał, by powiedzieć matce, że wyjeżdża do Iraku. Zapewniał, że jedzie co prawda do Iraku, ale w bardzo bezpiecznie miejsce. „Jak tylko wrócę, to do mamy przyjdę” – obiecał.

7 maja 2004 roku samochód polskiej ekipy telewizyjnej wracał do polskiej bazy w Nadżafie po przeprowadzeniu wywiadu z powstańcami w Bagdadzie. Jechali oznakowanym pojazdem prasowym, ściśle śledzonym przez grupę uzbrojonych mężczyzn w innym samochodzie. Około 30 kilometrów na południe od Bagdadu napastnicy dogonili ich i rozpoczęli atak od tyłu, ostrzeliwując pojazd dziennikarzy gradem kul.

Milewicz został trafiony jako pierwszy i zginął natychmiast. W kolejnej serii strzałów zginął również Mounir Bouamrane, doświadczony algiersko-polski montażysta i tłumacz, który pracował dla TVP przez około 15 lat, gdy wysiadł z pojazdu. Operator kamery Jerzy Ernst został ranny w ramię podczas drugiej fali ostrzału, gdy wciąż siedząc w samochodzie, próbował wyciągnąć ciało Milewicza.

Teoria pomyłki

Jedna z teorii głosiła, że Waldemar Milewicz został zabity, ponieważ dzielił nazwisko z innym Waldemarem Milewiczem, który był członkiem gabinetu politycznego ministrów obrony narodowej wraz z Romualdem Szeremietiewem i Bronisławem Komorowskim, a następnie członkiem zarządu Cenzin, firmy handlującej bronią. Jego obecność prawdopodobnie stała się znana, gdy pokazał paszport po przybyciu na lotnisko. Członkowie ekipy filmowej towarzyszący mu byli prawdopodobnie traktowani jako kamuflaż, a jego mordercy najprawdopodobniej nie mieli zdjęcia, za pomocą którego mogliby zweryfikować jego tożsamość.

Podobno kiedy Irakijczycy dostali informację, że w Bagdadzie pojawił się mężczyzna legitymujący się paszportem wydanym na nazwisko Waldemar Milewicz, byli pewni, że to poszukiwany przez nich handlarz bronią, a towarzysząca mu ekipa filmowa jest tylko przykrywką. Zastrzelili reportera, przekonani, że to ich „cel”. Teoria ta nigdy nie została jednak oficjalnie potwierdzona.

Reakcje i pożegnanie

Córka Monika była wówczas ze swoją rodziną – mężem oraz roczną córeczką – w Chicago. „Była trzecia rano, kiedy zaczęli do mnie dzwonić ludzie, żeby powiedzieć, że być może tata zginął w Iraku, ale że jeszcze nic nie wiadomo. Nie dopuszczałam do siebie myśli, że on może nie żyć. Parę godzin później zadzwonił do mnie ktoś z telewizji, że to jednak był tata”.

Agnieszka Bereda przyjechała do redakcji Wiadomości. Kiedy potwierdziło się, że chodzi o Milewicza, nie potrafiła zapanować nad emocjami. Urna z jego prochami spoczęła w Alei Zasłużonych na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach w Warszawie.

Kilka miesięcy wcześniej – w listopadzie 2003 roku – odwiedził córkę w Ameryce. Poleciał do Chicago, żeby po raz pierwszy w życiu (i – jak się okazało – ostatni) zobaczyć swoją wnuczkę. To podobno wtedy powiedział Monice, że chciałby, aby na jego pogrzebie zabrzmiała piosenka „I Feel You” Depeche Mode.

Dziedzictwo i pamięć

Matka Waldemara opowiadała o największym marzeniu swojego syna: „Powiedział mi kiedyś tak: jak pójdę na emeryturę, to chciałbym pisać ksiażki. Niestety, zbiór reportaży pióra Waldemara Milewicza nie ukaże się nigdy”.

Waldemar Milewicz był jednym z najsłynniejszych polskich dziennikarzy i korespondentów wojennych. Uznanie w świecie mediów zdobył dzięki swojej odwadze i poświęceniu dla pasji, którą były reportaże telewizyjne. Przez 23 lata współpracy z telewizją zdefiniował na nowo sposób, w jaki polscy widzowie patrzyli na konflikty zbrojne.

43 odcinki „Dziwny jest ten świat” – 43 opowieści o miejscach, gdzie normalność przestaje istnieć

Max Kolonko podsumował: „W niebie, gdzie jest Waldek, nie ma wojny i myślę, że będzie się tam nudził… Podobnie jak my tu, na Ziemi. Bez niego”. Te słowa najlepiej oddają pustkę, jaką zostawił po sobie w polskim dziennikarstwie.

Śmierć Waldemara Milewicza w Iraku zakończyła pewną epokę polskiego reportażu wojennego. Pokazał, że można relacjonować konflikty z empatią, dramatyzmem i profesjonalizmem jednocześnie. Jego czarna kurtka, charakterystyczny głos i nieustanne dążenie do prawdy pozostały w pamięci milionów widzów. Zginął robiąc to, co kochał – opowiadając światu o miejscach, które inni woleli ignorować.